KATEDRA W BARCELONIE

Opublikowano w 8 maja 2026 09:30

Kiedy moja przyjaciółka obdarowała mnie na urodziny książką liczącą blisko 700 stron, w mojej głowie pojawiła się następująca myśl: "Yhm, fajnie, na pewno przeczytam". Odłożyłem więc książkę na półkę do czasu, aż Jagoda napisała do mnie ponownie z pytaniem: "Czy odłożyłeś już te religijne książki i udałeś się wreszcie do Barcelony?". To pytanie sprowokowało mnie by przerwać czytanie pewnej biograficznej pozycji o Jezusie z zaprzyjaźnionego wydawnictwa, a zamknąć oczy i przenieść się całym sobą do średniowiecznej Barcelony i budującej się tam gotyckiej katedry Santa Maria del Mar - Matki Bożej Morza. 

Z początku jeszcze liczyłem, że będzie coś o historii jej budowy, słynącej łaskami figurce ( o której słyszałem na studiach), opisach wnętrza itd. Cóż, już sam początek pozycji wydawnictwa ALBATROS szybko mnie tych złudzeń pozbawił. Zamiast nich przeczytałem opowieść o miłości, która rządzi się własnymi zasadami i której ulegamy do tego stopnia, że potrafi ona wpędzić nas w niemałe kłopoty. Do tego - jakby w "pakiecie" - seks, intrygi, zdrady - ba, nawet przez osoby najbliższe głównemu bohaterowi; inkwizycja ścigająca heretyków, a także oczywiście pieniądze. Tak w krótkich słowach wypada streścić okres średniowiecznej Barcelony, jak i całą epokę. Na tle tego wszystkiego ona: Najświętsza Maryja Panna, która niewzruszenie trwa w swej figurze Matki Bożej Morza, uśmiechając się do Arnaua. Ale zaraz, kto to właściwie jest?

Cała historia, zaczyna się dość niewinnie - od wesela rodziców głównego bohatera. Potem ma miejsce seria dramatów, które nie tylko odcisną swoje piętno na życiu Arnau, ale niekiedy doprowadzą do śmierci osób, które kocha najbardziej i za które sam oddałby swoje życie. Bo jak inaczej nazwać powieszenie ukochanego ojca, wcześniej uprowadzenie matki (a także jego samego, jako niemowlęcia), zakazanej miłości, a wreszcie małżeństwa, które doprowadza go do ruiny i stawia przed sądem wielkiego inkwizytora. Ba, z pozoru wszystko układa się idealnie: ulubienica króla oddana w ręce jednego z najznamienitszych obywateli Barcelony, w dodatku jej obrońcy. Nikt jednak nie bierze pod uwagę tego, że dawni wrogowie nie śpią i tylko czekają na to, by wcielić w życie swój diabelski plan...

No właśnie, diabelski plan. Tutaj chciałbym się na chwilę zatrzymać, gdyż autor - Ildefonso Falcones, uczynił ze swojej powieści arcydzieło: bardzo sprawnie poprowadził kilka wątków jednocześnie, ale w taki sposób, że czytelnik - mając w pamięci wydarzenia z poprzednich rozdziałów - bardzo łatwo odgaduje, o jakiej postaci on opowiada. Jakbym miał nadać tej książce nazwę, określił bym ją mianem "powieść szkatułkowa". Bo im bardziej sięgasz głębiej, tym bardziej zdumiewasz się tym, co dzieje się w życiu głównego bohatera i jego przyjaciół, których Kościół traktuje zupełnie inaczej, niż na to zasługują poprzez swą dobroć.

Do ostatniego momentu nie jest wiadomo, czy Aranu Estanyol wyjdzie cało ze szponów świętej inkwizycji. Bardzo ciekawe jest też to, jak autor powieści opowiada o sposobach  średniowiecznych tortur - nie tylko fizycznych, ale i psychicznych, które mają złamać oskarżonego.  Co więcej, pokazuje też ludzie aspekty życia oraz metody i chore zasady, jakie panowały w mentalności społeczeństwa, które potrafiły zmienić najbliższe Ci osoby, we wrogów - no bo jak inaczej nazwać sytuację, w której rodzony brat donosi na Ciebie inkwizycji, która tylko na to czeka?A to tylko jeden z przykładów  tego, do czego była w stanie posunąć się władza kościelna, w imię "chorej" sprawiedliwości, która wcale nią nie była, a doprowadzała do tragedii, o których można czytać bez końca.

Wielu wątków tutaj nie śmiałem poruszyć. Przekonajcie się sami, jak ta książka może mieć wpływ na postrzeganie wiary, zasad moralnych, na pytania rodzące się w Waszych sercach podczas lektury tej książki. Ja na pewno zabiorę ją ze sobą kiedyś do Barcelony. Klękając w katedrze przed figurką Madonny, otworzę ją na stronie, gdzie są zapisane te oto słowa: 

"Przeszłość nie istnieje. Nie muszę ci niczego wybaczać. Zacznijmy nowe życie. Spójrz na morze. - Odsunęła się od niego i wzięła go za rękę. - Morza nie obchodzi przeszłość. Po prostu jest. Nie domaga się wyjaśnień. Podobnie jak gwiazdy i księżyc. One również są i przyświecają nam, błyszcza dla nas. Nie obchodzi ich to, co się zdarzyło. Dotrzymują nam towarzystwa i tylko dlatego są szczęśliwe. Widzisz, jak lśnią, jak migoczą nad naszymi głowami? Migotałyby, gdyby obchodziła je nasza przeszłość? Gdyby Bóg chciał nas ukarać, zesłałby teraz sztorm. Jesteśmy sami, tylko ty i ja - bez przeszłości, bez wspomnień, bez winnych, bez niczego, co stanęłoby na drodze naszej...miłości.".

Stwórz łatwo własną witrynę internetową z Webador